Algeria - Desert Divers #1 - Hoggar

The Rugged Rides 8/24/2026

Przed nami ostatni odcinek podróży. Dla mnie chyba najważniejszy, bo prowadzi w góry Hoggar, a to właśnie one mnie tu ściągnęły. Od nich zaczęło się moje marzenie by dotrzeć do Algierii. Tyle tylko, że nie ma z nami Tomka oraz nie mamy paliwa aby tam dojechać. Musimy znaleźć albo Tomka albo paliwo w Idles. Aż tak proste!

Wstajemy o świcie. Nasze namioty, wrak, wszystko, podświetlone są pomarańczową barwą wschodzącego słońca. Otacza nas niesamowity klimat ciszy i odosobnienia. Zbieramy się leniwie, odpoczniemy i damy szanse Tomkowi aby do nas dojechał. Jeśli nie zjawi się wciągu 2 godzin, pojedziemy do Idles. Zakładamy że Tomek pomyśli tak samo.

Mniej więcej przy drugiej kawie dociera do nas odległy, ledwie słyszalny dźwięk silnika. To bez wątpienia LC4, kilometry stąd, nie da się go pomylić z inną maszyną. Parę chwil później zjawia się Tomek. Spał niedaleko, zapadła noc i nie chciał jechać po ciemku, całkowicie zrozumiałe. O dziwo nie mieliśmy łączności, góry musiały wyciąć zasięg, jedyne co mieliśmy to ustalenie że widzimy się w tym miejscu, jak za starych analogowych czasów. Zlewamy paliwo a Tomek rusza w swoją stronę. Nadal ma nastrój do jechania solo, omija jeszcze ten ostatni pustynny odcinek, widzimy się w Idles.

My za to wbijamy się w hamadę zaraz za obozem. Z początku bez śladów opon, bez dróg, do nich dotrzemy dopiero za kilkadziesiąt km. Płaska hamada pozwala wejść w trans. Gdzieniegdzie na horyzoncie majaczą bardzo ciekawe kształty gór. Co jakiś czas mijamy neolityczne grobowce. Poza tym nie ma nic ani nikogo. Już prawie przestałem na to zwracać uwagę, przyzwyczaiłem się do tych połaci nicości. Nawet jadąc teoretycznie w grupie, nie utrzymujemy bliskiej odległości, są momenty że mamy się tylko na radiu, i wiemy orientacyjnie gdzie kto jest. Czasami wychodzi zabawnie, bo np. zakładam że Kondzio jedzie przede mną na drugiej, a tymczasem wyłania się z tyłu i po lewej, mała kropka na horyzoncie.

Do Idles mamy wciąż około 250-300km. To sporo, patrząc na paliwo - dojedziemy, ale to wszystko. Na pewno nie starczy nam paliwa na pokonanie gór Hoggar. W myślach trzymam cały czas kciuki za to paliwo w Idles, zakładam że jeśli nie stacja, to na pewno nagramy trochę litrów od kogoś prywatnie.

Docieram w miejsce gdzie nasz track przecina główną drogę N55. Słynna pustynna pista powoli i nieubłaganie zamienia się w asfalt. Z tego co wiem, obecnie szutrowa została tylko jej środkowa część, dokładnie tutaj gdzie jestem. Jest mi przykro że my ludzie tak ekspansywnie zmieniamy wszystko dookoła siebie. Myślę że moglibyśmy zostawić niektóre obszary planety nietknięte, nie industralizować, nie budować nowych osiedli, nie tworzyć nowych dróg. Pewnie nadejdą czasy kiedy to zrozumiemy.

Po chwili jesteśmy w komplecie, ruszamy pokonać ostatni odcinek przed Idles. Ten będzie inny, bardziej górski. To oznacza mniejsze tempo i więcej wysiłku. Myślami jestem już w mieście, toteż jazda jest nurząca. Początek jest szybki i płynny, dalej są już tylko piasek, gorąc i skały. Jadę jakby nieobecny, na autopilocie. Dopiero rejon przed Idles wybudza mnie z tego letargu. Pojawiają się okazałe góry i wzrasta moje zniecierpliwienie.

Standardowo już wjeżdżamy do miasta ostrożnie, nieco od tyłu. Idles jest zupełnie inne od tego co widzieliśmy wcześniej w Algierii. Ulice pełne są śmieci, skwar jest nośnikiem dla rozrzedzonego dymu, powietrze przeszywa kakofonia dźwięków. Jest tłoczno, brudno i żywo. Nie dostrzegam żadnych kobiet, otacza nas za to mnóstwo niskich młodzieńców, ich skóra ma głęboko czarny kolor a rysy twarzy nie pozostawiają wątpliwości że pochodzą z dalekiego południa, z Sahelu lub jeszcze dalej. Pewnie gdybym był pierwszy albo drugi raz w Afryce, poczułbym się nieswojo. Na szczęście wiemy jak odnaleźć się w takich miejscach. Lokalizujemy jedną z nielicznych tutaj knajp i stawiamy w pierwszej kolejności na coś do zjedzenia. Nie mamy żadnej wiadomości od Tomka, nie widać go także nigdzie w pobliżu. Będąc jeszcze w środku organizujemy zakupy i pytamy o paliwo. Zarówno właściciel i inni wskazują zgodnie kierunek gdzie jest stacja, co dziwne jednak, nikt nie chce z nami tam pójść.

No dobrze, zobaczmy w takim razie co takiego kryje w sobie to tajemnicze miejsce. Pakuję motocykl, a dookoła gromadzi się coraz gęstszy tłum. W pewnym momencie do mojego motocykla dojeżdża Hilux, tak blisko że go wręcz przechyla. Na miejscu pasażera siedzi po turecku ogromnych rozmiarów Arab, jest chorobliwie otyły. Nie wiem dlaczego, ale od razu wyczuwam bijącą od niego złą aurę. Przybysz szybko wymusza rozmowę, jest nami zainteresowany jak wszyscy dookoła. Mówi do mnie po rosyjsku. Znam ten język, ale go nie używam. W pewnym momencie pyta mnie o Moskwę, co o niej myślę i czy się tam wybieramy. Absolutnie, w obecnej sytuacji nic mnie tam nie ciągnie. Arab jest jednak nieubłagany, zaczyna opowiadać o Putinie, według niego to bardzo dobry człowiek i wspaniały przywódca. Okropne.

Kiedy udaje mi się wyrwać z pola oddziaływania tego człowieka, w kilka chwil dobijamy do miejsca gdzie znajdować się ma stacja benzynowa. Jak się okazuje, to co widzimy to nie jest złomowisko, jak początkowo przyjąłem, po prostu jeżdżące tutaj samochody są tak stare i zniszczone, a teraz w kolejce po paliwo zostały porzucone tak, że stykają się zderzakami. Chodzi o to, aby nikt nie wepchał się do kolejki. Ile oni w takim razie tutaj stoją?!

Szybko okazuje się że stacja to po prostu jeden stary dystrybutor zamocowany na ruchomej platformie ciężarówki. Niestety, paliwa na niej nie ma, jest za to pełno przypadkowych gości. Rozpytuję ich o "jerrycan", pytam po francusku, na migi, nic. To nie koniec niesprzyjających podmuchów losu.

Kiedy się obracam stoją już przy nas żandarmi. Wypatrzyli nas ze swojego posterunku i zainteresowali się zapewne co tutaj robimy. Sądzę, że nie często miewają tu gości, jesteśmy egzotyką. Historia rozwija się jak zwykle. Są przekonani że potrzebujemy eskorty, oczywiście dla naszego dobra, co więcej, ta eskorta będzie po nas jutro, a dzisiejszą noc mamy spędzić u nich, w ogrodzie za murami. Absolutnie nie. Targi trwają bardzo długo, ale nauczyłem się czegoś od Tomka. Jestem zdeterminowany i absolutnie stanowczy. Wszystko trwa ponad godzinę, ale w końcu, po telefonach do najwyższego szefa, komendant godzi się na nasze warunki. Te są bardzo proste - pojedziemy sobie stąd, koniec.

Teraz pędzimy szosą wprost pod zachodzące słońce. Nie chcę testować tego czy brak eskorty oznaczał brak eskorty do bramy, czy może na 5 kilometrów, czy może jednak na dobre. Nie interesuje się także paliwem. Tzn. wiem że go właściwie nie mamy i najprawdopodobniej nie dojedziemy w komplecie nawet do najbliższej stacji w In Amguel. Nic nie jest teraz ważne w obliczu gór Hoggar. Najwyżej zrobimy shuttla na stację, albo za chwilę w jakiejś wiosce kupimy paliwo z beczek. Coś się na pewno zadzieje. Tymczasem, jedziemy przed siebie, patrzę tylko raz na drogę, pod słońce, raz na linię paliwa w moim baku, a tam jest już naprawdę skromniutko.

I dokładnie wtedy dzieje się to, co w filmach nazywa się przepięknie "plot twist". Na drodze dostrzegam wysoki kształt motocykla, motocykla który ma włączone światło, motocykla na którym siedzi… Tomek! Bez słów zjeżdżamy wszyscy na pustynię i wymieniamy synchronizujących kilka zdań, tylko tyle aby dowiedzieć się czy jest w porządku i co robimy, pełna dyscyplina i zorientowanie na celu. Słońce jest niskie, a my chcemy zdobyć dobry biwak w górach. Nie marnujemy więc już ani chwili ruszamy i przebijamy się przez wioskę Hirafok wprost na słynną pistę.

Już sam początek daje przedsmak tego co nas czeka. Słyszałem że pista jest dość zdarta, i rzeczywiście jest, miejscami brakuje całych jej fragmentów. W blasku zachodzącego słońca docieramy do lokalizacji którą zaznaczyłem wcześniej na mapie, jest bardzo dobrze. Kuba wybija naprzód i wyszukuje idealne miejsce. Nasz biwak jest w niewidoczny, schowany w kanionie. Namioty rozbijamy fantazyjnie wśród ogromnych, miękko okrągłych głazów, nad samą rzeką. Jest w niej woda, a w spokojnej tafli odbija się księżyc.

Leżymy na jednym z głazów i relacjonujemy sobie nawzajem co się działo. Okazuje się że Tomek, który dość szybko dotarł do Idles, zorientował się że nie ma tam paliwa i pojechał do In Amguel. Jest tam stacja która jest zaznaczona na mapie, w odróżnieniu do wcześniejszych. Też pudło, samochody stały już drugi dzień, a paliwo miało dopiero dojechać, kiedy? Nie wiadomo. Tomek, na rezerwie, szukał dalej, w sumie zaliczając kolejne dwa miejsca gdzie potencjalnie mógłby zdobyć benzynę. Nic. W ostatnim warsztacie właściciel poratował go 1.5l z kanistra. Dzięki temu Tomek mógł wrócić do In Amguel. Wtedy okazało się że właśnie przyjechała świeża cysterna. Wspaniale. Tomek zatankował siebie na maks oraz pełne 5 galonów dla nas.

Leżymy na kamieniu, rysujemy plany na jutrzejszy dzień. Kanion spiętrza się u góry w kierunku rozgwieżdżonego nieba. Noc jest ciepła i spokojna. Ostatni dzień układa się idealnie, akurat dokończymy zaplanowaną pętlę i zwieńczymy podróż zdobyciem przełęczy Assekrem. Zmieściliśmy się idealnie. W tym momencie słyszymy alarmujące słowa Kuby:
- Chyba skończył mi się napęd… chodźcie zobaczyć.

Wstajemy o 5 rano, ja i Kondzio. Łańcuch Kuby, mimo że to DID, nowy przed wyjazdem, stracił kilka rolek, zaraz zacznie wyłamywać zęby w tylnej zębatce. To chyba dobrze potwierdza że zawsze należy przygotowywać maszynę samodzielnie. Kubowe Suzuki zostało kupione przed wyjazdem, napęd montował ktoś inny. Kwestia zaufania. Kuba i Tomek zostają na biwaku, a my z Kondziem dokonamy ataku szczytowego. Zwieńczymy tegoroczną pętle po Algierii zdobywając Assekrem. Jeśli się pośpieszymy to zdążymy wrócić w to samo miejsce. Jeśli droga wymagać będzie ciężkiej jazdy, zdecydujemy się zjechać na drugą stronę, do Tamanrasset. Tak czy inaczej - będziemy w kontakcie.

Kiedy ruszamy jest jeszcze złota godzina. Pustkowie przybiera rudy odcień. Gruzowisko ciągnie się po horyzont, wygląda to tak jak gdyby ktoś rozrzucił tu zawartość wagonów z węglem. Z początku w ogóle nie widać żadnych szczytów, nie można powiedzieć że jesteśmy w górach. Nie da się jednak jechać szybko. Co chwilę droga jest zapadnięta, zmyta, czasami brakuje fragmentów o długości ponad kilometra. Chcemy pokonać sporo dystansu, jak najszybciej, żeby mieć jeszcze poranne światło na przełęczy i żeby pozostała dwójka nie musiała na nas czekać zbyt długo.

W końcu jest! Las bazaltowych iglic wyłania się zza horyzontu. To szczyty gór Hoggar w całej swojej okazałości. Czuje dreszcz na plecach, bo jest to miejsce które w pierwszej kolejności mnie tutaj przyciągnęło, mój główny cel tej podróży. Miejsce o którym kiedyś myślałem jedynie w kategoriach nieosiągalnego marzenia.

Góry Hoggar to fragment bardzo starego kontynentu, jego pochodzenie jest jeszcze prekambryjskie. Należy do większej jednostki zwanej Tarczą Tuaregów, będącej częścią starej afrykańskiej skorupy kontynentalnej. W różnych częściach Hoggaru występują różne rodzaje podłoża, gnejsy, migmatyty, granity i inne skały. Hoggar zbudowany jest z różnych bloków tektonicznych, które mają różny wiek i różną historię. Pomiędzy nimi znajdują się stare strefy uskokowe i szwy tektoniczne. Stojąc tutaj możesz mieć pod stopami skałę, która powstała zanim istniała większość współczesnych kontynentów i zanim pojawiły się pierwsze zwierzęta.

Potem na tym wszystkim pojawił się młody proces wulkaniczny. Tak więc, stare formy wulkaniczne były ponownie wysadzane przez młodsze. Proces działał wielokrotnie w różnych epokach, wielokrotnie w tych samych miejscach. To na co dzisiaj patrzymy może mieć równie dobrze 3 mln lat jak i również ponad 20 mln. Już sama świadomość tego jak stare są niektóre z tych formacji budzi respekt.

Dzisiaj możemy podziwiać całe multum osobliwym form. To nie tylko strzeliste i ostre iglice, które są pozostałościami po dawnych kominach wulkanicznych. Widać zastygłe potoki lawy, zerodowane niecki wulkaniczne, nawet potężne kopuły lawowe. Te obrazy są niesamowite, jedyne w swoim rodzaju, często krajobraz wygląda jak z innej planety. Posępne góry robią niezwykłe wrażenie, zrobiły na mnie kiedy ujrzałem je po raz pierwszy na zdjęciach, natomiast na żywo wrażenia są znacznie silniejsze.

To jednak nie koniec ciekawostek. Ktoś tak mało obeznany geologicznie jak ja, może w łatwy sposób ulec wrażeniu, że widziana postrzępiona skalna wieża to po prostu zerodowany, zapadnięty wulkan. Mechanizm jest jednak bardziej interesujący. Magma, która krzepła wewnątrz komina wulkanicznego, tworzyła bardzo odporną skałę. Później sam wulkan i jego otoczenie zostały przez miliony lat zniszczone przez erozję. Podobnie widoczne tu i ówdzie geometryczne kształty, tzw. organy, lub gruzowiska w formie niemal pionowych, równoległych żeber. To efekt spękań termicznych podczas stygnięcia lawy.

Droga robi się coraz bardziej stroma i miejscami zanika na dobre. Światło i widoki nie postawiają nam szans na dobry wynik czasowy, robimy setki zdjęć. Tam gdzie droga jest spłukana, utworzone są objazdy, często z ułożonych płaskich płyt skalnych. W okolicach Col de Tihintaghtimt skala trudności rośnie jeszcze bardziej. Sam wjazd na przełęcz jest stromy i ponownie doceniam jak proste jest podjeżdżać takie przeszkody na DR, jego silnik działa jak traktor, puf puf puf i nie ma szans żeby dał się zdusić, To piekielnie ułatwia balansowanie pomiędzy dużymi kamieniami, kiedy jednocześnie trzeba pokonywać ciasne nawroty stromo pod górę.

W końcu docieramy do skrzyżowania dróg. Zielone i białe drogowskazy, przechylone od wiatru i wsparte na kopcach kamieni od razu wywołują we mnie znajome skojarzenia. Widziałem to miejsce w przewodniku i na stronie Chrisa Scotta. Zawsze kiedy na nie patrzyłem, chciałem mieć takie samo zdjęcie, taki dziwny niewytłumaczalny kaprys. No to mam, nam to zdjęcie, Kondzio staje na wysokości zadania i wykazuje się cierpliwością kiedy robię nawroty by zmieścić się idealnie na tle strzelistego szczytu.

Assekrem, 6km, kilka zakrętów. Jesteśmy. 2700m n.p.m. Widok z przełęczy jest często opisywany jako koniec świata lub księżycowy krajobraz. Być może to romantyczny banał, ale to tutaj, według wielu podróżników, można przeżyć najpiękniejszy wschód i zachód słońca na świecie, widoczność sięga dziesiątek kilometrów.

Na górze wita nas niespodziewany widok. Myślałem że miejsce będzie odludne, zaparkujemy motocykle i oddamy się kontemplacji. Tymczasem wita nas mur i latarnie. Widzę zaparkowaną Toyotę na francuskich blachach, ludzie w tego samochodu patrzą na nas zdziwieni. Chyba wiem dlaczego. Zaraz za nimi stoi biało zielony Mercedes G Klasa, żandarmeria. Przyjechali tu razem, a my sami. Ponieważ nie jesteśmy zainteresowani dołączeniem do tej eskorty, zawracamy i rezygnujemy z pobytu na szczycie.

Szkoda, miałem ogromną ochotę na wycieczkę do małej pustelni zbudowanej w 1911r przez Charles'a de Foucauld, francuskiego arystokratę, oficera i podróżnika, który został mnichem i pustelnikiem i tutaj właśnie odnalazł swój spokój. Charles de Foucauld wybrał to miejsce ze względu na izolację. Chciał być blisko Tuaregów, badał ich kulturę i język - tamaszek. Co ciekawe, napisał pierwszy słownik tuarecko-francuski.

Może cała ta sytuacja to drobna rysa na całości, ale hej, poza tym udało się wszystko doskonale, dotarliśmy w Hoggar i na przełęcz Assekrem. Jestem całkowicie zadowolony. Znajdujemy inne miejsce na odpoczynek i śniadanie. Mamy jakieś gotowe ciasto w folii, słodzony jogurt, smakują tu wybornie. Podobnie jak widoki dookoła. Od rana minęło już kilka godzin, nie ma szans abyśmy drogą którą tu dotarliśmy zjechali na dół w rozsądnym tempie. Decyzja o odbiciu do Tamanrasset przychodzi naturalnie. Cieszę się podwójnie, bo w głębi duszy bardzo chciałem tam dotrzeć. Dodatkowo, z góry zjeżdża już G Klasa, widzimy ją z oddali. Naturalnie ruszamy przodem, w bezpiecznej odległości :-)

Na dół wiedzie widokowy i szybki szuter. Jest to droga zupełnie innej kategorii niż pista po północnej stronie masywu. Widoki także szybko się zmieniają. Błękit czystego nieba ustępuje pyłowi, strzeliste skały zamieniają się w płaskowyż poprzecinany rysami kanionów.

Tamanrasset to miejsce w którym spotykają się stare szlaki karawanowe. Nie dziwi więc fakt, że w czasach nieco bardziej nowożytnych stał się miastem ekspedycyjnym, zapleczem dla ogromnego, górskiego Ahaggaru i reszty pustyni. Zjawiali się tu, a następnie wypoczywali i nabierali zaopatrzenia wszyscy podróżnicy podążający w głąb Sahary.

Z takimi romantycznymi wizjami w głowie wjeżdżam w wąskie ulice arabskiej zabudowy. Uderza mnie gwar i ścisk. Naszym głównym zadaniem jest zdobycie paliwa, potem chcemy jak najszybciej dotrzeć do Kuby i Tomka. Przeciskamy się w korku do miejsca w którym oznaczyłem stację. Jest. Zamknięta. Kolejka do tej zamkniętej stacji wije się ulicami na kilkaset metrów.

Szukamy innej. Wybieramy punkt przy trasie wylotowej, na północy miasta. Sytuacja wygląda identycznie. Nie, nie może tak być. Podbijamy do zamkniętej bramy i pokazujemy na swoje prawie już puste baki. Oczywiście to uruchamia całą lawinę sprawczej życzliwości. Otwiera się brama, specjalnie dla nas, przepuszczają nas wjazdem dla ciężarówek, zatrzymują tankowanie kogoś z przodu i każą w biegu podjeżdżać. Napełniamy baki i worki na paliwo, wszystko w ekspresowym tempie. Kondzio płaci jakieś grosze, a nas oblepia tłum ludzi. Wszyscy chcą wymienić Whatsapp, zrobić selfie, usiąść na moto. Innymi słowy, grane jest to co zwykle. Jestem wielce wdzięczny losowi że tak wyszło z tą stacją, niby nie spodziewałem się niczego innego, ale perspektywa stania w takiej kolejce działa na wyobraźnię.

Stoimy przed znakiem, In Amguel 123km, In Salah 653km, Alger 1918km… Jest poważnie, jest nieco uroczyście. Przynajmniej mnie, na duszy. Zakończyliśmy piękną przygodę. Teraz wpadamy na asfalt, wracamy na wybrzeże. Mamy na to dwa dni, przesuniemy pod kołami tyle świata, ile przejechaliśmy przez ostatnie 3 tygodnie bezdrożami. Pierwszy postój - In Amguel. Damy Kubie i Tomkowi paliwo, i ruszymy znaleźć jakiś biwak na pustyni.

Kiedy dojeżdżamy na miejsce spotkania, zastajemy tam uroczy obrazek. Kolejka złożona z samych Land Cruiserów oraz wspaniałych Land Roverów wskazuje miejsce gdzie jest stacja. Uwielbiam te samochody, służą tutaj dzielnie od kilkudziesięciu lat, niektóre z nich pochodzą z lat 70'tych. Do stacji przyklejony jest maleńki bar a w nim siedzą nasi przyjaciele. Zjadam tam na szybko to co akurat mają, wypijam kilka szklanek wyciskanego soku. Tomkowi i Kubie również udało się zatankować, jest bardzo dobrze, do In Salah dojedziemy bez bólu.

Ruszamy. Eeee, jednak nie, Kuba ma kapcia z tyłu. No to zrzucamy maszynę na kamień i działamy. Zamawiam dodatkowe soki i robimy koło. Kiedy zebrani w barze lokalesi spostrzegają kompresor którym zamierzamy napompować dętkę, nie mogą wyjść z podziwu. W powietrzu niesie się powtarzane w kółko "compresseur petit, petit compresseur!".

Gotowe. Ruszamy. A może jednak znowu nie... 5 galonowy Giant-Loop Kuby właśnie poddał się do reszty, leżał na ziemi w słońcu i nagle zrobił pfffyyyyyyy, zdążyliśmy przelać tylko resztki paliwa. Ok, teraz ruszamy już na pewno. Czasu nie jest wiele, więc biwak dzisiejszej nocy rozbijamy po niecałych 200km. Miło znowu jest być razem. Ostatnie kilka dni było grane na naprawdę wysokie C, teraz jest czas żeby zwolnić tempa. Przed nami ostatnie kilometry, wszystkie asfaltowe, po prostu powrót. To też ma swój urok.

Track: https://loc.wiki/t/281890051?wa=sc