Dakar 2023 - Stage 3 - Forgotten Land

The Rugged Rides 10/28/2023

Gdyby ktoś zapytał mnie o to co podczas tego wyjazdu było rzeczą na która czekałem najbardziej, albo która najbardziej mnie niepokoiła - nie odpowiedziałbym od razu, nie wskazałbym jednej. Było takich miejsc kilka, a Sahara Zachodnia była z pewnością jednym z nich.

Poranek jest leniwy, na luzie. Wyobrażałem sobie ten przejazd w dziesiątkach odsłon, w każdej widziałem bezkresne pustkowia i szybkie przeloty hamadą. Przy czym pustkowie w tym przypadku przybiera swoje prawdziwe znaczenie, nie żaden spłycony banał, tylko ogrom kilometrów w każdym kierunku, i wszędzie, w każdym kierunku nie ma tam dróg, miast, ani wody.

No to zobaczmy. Ruszamy, jadę sam. Dzisiaj wyjechaliśmy z bazy osobno, każdy w swoim czasie, to trochę nowość w naszym utartym już schemacie.

Czy uda się przeskoczyć Saharę sprawnie, czy starczy nam wody i paliwa, czy nie zostaniemy zawróceni na asfalt wzdłuż wybrzeża, jakie będzie tempo? Ależ mnie to ciekawi!, czuje totalny podróżniczy dreszcz związany z poznawaniem nieznanego. Myśli przerywam tylko na negocjowanie przejazdów przez miękkie i trudne technicznie, suche koryta rzek, wypełnione są fesz fesz'em. Wygląda to tak, że sypie się na szóstce i co jakiś czas przejeżdża łożyska rzek. Samotność tego miejsca pogłębia się z każdym kilometrem, nie ma nawet wielu śladów które normalnie widoczne są na powierzchni pustyni.

Zaczyna doskwierać nam żar. Dotychczas, w ciągu ostatni kilku dni ani razu nie pomyślałem że jest ciepło. Teraz szukamy akacji aby na chwilę odpocząć w jej cieniu, przelać paliwo do zbiorników, porozmawiać.

Kolejne kilometry mijamy wzdłuż kanionu, głównie korytem, czasami jego brzegiem. Mniej więcej na wysokości Smara, jeszcze przed zetknięciem się z drogą Rn17 docieramy do suchego jeziora. Widziane z góry robi wrażenie, ale po zjechaniu na dół widok jest majestatyczny. Idealnie płaska tafla, dno jasne prawie jak biel. I fatamorgana. Jestem wdzięczny, że na świecie można wciąż być w tak cudownych podróżniczo miejscach. I można się w nich zatracić. Patrząc na same zdjęcia, mógłbym powiedzieć że widzę na nich jednego ze słynnych pionierów którzy na motocyklach byli tu 50 lat temu. Trochę pozujemy, za to ujęcia wychodzą nie z tej ziemi.

Mamy dość walki z kamieniami, decydujemy się na prostszy wariant tracka do Smary. Robi się późno, słońce nie pierwszy raz zagląda nam wprost w źrenice, jest nisko, nie pomaga daszek. Jeszcze złapana guma, szybkie łatanie dętki, checkpoint i wpadamy do Smary na pełnej. Dzielimy się zadaniami, ktoś kupuje wodę, ktoś inny zapasy, ja zamawiam coś ciepłego do zjedzenia dla wszystkich w jakiejś budzie, ktoś już tankuje, bo dystrybutor jak zwykle jest jeden. Uwijamy się w momencie i spadamy na pustynie po nocleg. Majsterszczyk, jesteśmy w tym momencie drużyną kompletną. Jednak tracę Smarę, bo chciałem zobaczyć jak wygląda miasto które skrywa tyle tajemnic i jest areną takich wydarzeń w Saharze Zachodniej. No nic, będę musiał wrócić przy najbliższej okazji :-) Nocujemy w bezpośrednim sąsiedztwie małego meczetu, miejsce jest płaskie i bez kamieni. Wieje wiatr, z nas schodzą emocje dnia, opowiadamy sobie wszystko co się działo. W pewnym momencie wiatr porywa pusty jeszcze namiot Kuby. nie wiem ile kosztowało go to punktów szczęścia, ale jego namiot przelatuje nad drutem kolczastym i nic mu się nie dzieje. Dalsza część wieczoru przebiega normalnie, jesteśmy po prostu szczęśliwi z tego że dojechaliśmy do Sahary Zachodniej.

Rano wyruszamy wcześnie, jak zwykle. Pokonujemy kilometry starą drogą. Nagle widzę pierwszego z nich - zielono-morskiego Land Rovera. Momentalnie pojawia się myśl - być może to bohater dawnych brawurowych potyczek pomiędzy siłami Maroka i Saharawi z Frontu Polisario. Musi mieć przynajmniej 60 lat. Piękna maszyna ale także żywy świadek historii. Od teraz na naszej drodze mijamy ich bardzo wiele.

Jesteśmy obładowani po dach, woda, 40l paliwa, wszystko. Wjeżdżamy w objęcia pustej Sahary. Czuje niesamowitą satysfakcję. Czekałem na to od dawna. Lecimy teraz pasem wyznaczonym przez dwa rzędy odległych od siebie o około kilometr kopców. Te kopce są naszą jedyną gwarancją bezpieczeństwa. Wyznaczają obszar teoretycznie wolny od min. Co roku na terenie Sahary Zachodniej ginie od min kilkadziesiąt ludzi, w kraju gdzie prawie nikogo nie ma. Także niezliczona ilość zwierząt. Mur pomiędzy terenami zajętymi przez Maroko a wschodnia częścią Sahary to największe pole minowe na świecie. Zdarza się, że miny wędrują, wraz z przesuwającymi się wydmami.

Z początku wszystko jest nowe, jadę z uwagą. Nigdy jeszcze nie doświadczyłem aż takiej pustki, takiego bezkresu. Powoli wbijam się w rytm, jest płasko i można jechać bardzo szybko, ale co jakiś czas znajdują się spore muldy lub wystające kamienie. Bezkres krzyczy z całych sił, zachęca, aby ciąć na kreskę. Pokusa jest ogromna, ale rozsądek zwycięża. Nie opuszczamy pasa wyznaczonego kopcami. Z biegiem czasu jazda staje się uspokojona, odruchowa, nadal bardzo szybka. Trzymamy spory dystans, jesteśmy dla siebie małymi kropkami na horyzoncie. Dookoła nas, dosłownie w każdym kierunku, majaczą niesamowite fatamorgany. Są duże, wyraźne, całkowicie oddzielają nadciągające motocykle od powierzchni. Powietrze wibruje. Świat dookoła stał się baśniowy, przemierzamy wyspy piasku unoszące się miękko nad zwyczajnym światem. Ten moment trwa cały dzień.

Zanim się jednak skończy musimy podjąć ważną decyzję. Mamy wyznaczony track i możliwość pojechania śladem blisko granicy, to jednak oznacza wydłużenie odcinka bez paliwa do blisko 600km. Nie ma tutaj zartów, bo przez cały dzień nie spotkaliśmy nikogo. Na końcu, w teorii, dojedziemy do miasta Aousserd, ale jest szansa że nie będzie tam paliwa. Decydujemy się więc przeskoczyć na biegnącą bardziej zachodnią częścią kraju nitkę i kierujemy się na Bir Anzerane. Wspomniana nitka to już zupełnie "dakarowa autostrada", wyraźne ślady rozciągają się na pełnej szerokości pomiędzy kopcami. Do Bir Anzerane docieramy bardzo sprawnie, przed samym miastem jest kilka wzniesień które urozmaicają jazdę, pojawiają się kamienie, a w głowie obrazki dakarowców którzy przelecieli je pewnie z prędkościami dwa razy większymi niż moja, a nie jeżdżę specjalnie wolno. Tankujemy i bez zwłoki jedziemy dalej. Spotkałem się z kilkoma relacjami, w których ludzie byli stąd zawracani w kierunku wybrzeża, dlatego nie chcemy rzucać się w oczy. Zresztą samo miasto jest nieco z boku i przypomina bardziej obiekt militarny niż zwyczajną cywilną miejscowość. Jedziemy jeszcze chwilę, znowu jest zupełnie płasko. Zatrzymujemy się po prostu, w miejscu. Rozkładamy namioty i doświadczamy spektakularnego zachodu słońca. Po zmroku, w czerwonym świetle czołówek robimy serwis, wpadają nowe filtry, regulacje, dolewki, naciągi etc.. Tego dnia pękło prawie 550km, dakarowy duch wyjazdu towarzyszy nam w pełni :-)

Kolejny dzień zapowiada się podobnie, ale nie... Z początku jedziemy razem, ale po przerwie na śniadanie Tomek rusza przodem, a my, nieśpiesznie za nim. Już po chwili mamy kapcia z przodu u Pitera. W sumie to żaden problem tylko że łyżki pojechały z Tomkiem :-) Natychmiast zdajemy sobie sprawę z tego co to oznacza, Kuba wdrapuje się na kanapę motocykla aby zwiększyć zasięg i wywołujemy Tomka przez radio. Na próżno, jest 20min przed nami, to zbyt wiele. Szybka narada - Kuba leci gonić Tomka a ja zostaje z Piterem. Z początku jest sielankowo, kalkulujemy że powinien dojść Tomka po około godzinie jazdy, a więc będzie z powrotem za dwie... Drzemka, trochę zdjęć. W pewnym momencie nadjeżdża Saharyjczyk w legendarnym Land Roverze, to pierwszy człowiek na pustyni od 3 dni. Znowu zdjęcia, rozmowa, pyta kilkukrotnie czy na pewno nie potrzebujemy pomocy. Takie podejście jest zupełnie naturalne wśród lokalnych, tu naprawdę nie ma żartów. Zaczyna przygrzewać, Kuba nie wraca. Nagle lekkimi zakosami przybiega myśl, wdzięczy się niezgrabnie w głowie. Wyjmujemy narzędziówkę, motocykl ładujemy bokiem na drugi i wybebeszamy dętkę za pomocą trzech płaskich kluczy. Łatamy, gotowe! Nie było prosto ale za to skutecznie. Liczymy czas - Tomek powinien już wracać zaalarmowany przez Kubę, ale jeśli ruszymy od razu to zaoszczędzimy sporo kilometrów, bo przecież liczyłyby się razy dwa. Łapiemy go po 40km.

Lecimy dalej, robi się nieznośnie ciepło. Cień bywa incydentalny, a jak już jest to w porywach ma jakieś 2 metry kwadratowe. Docieramy do morza wydm, niektóre są bardzo wysokie, ślad się urywa. Czasami pojawia się jakiś fałszywy aby też zniknąć po krótkiej chwili. Krążymy, kołujemy, gubimy się wiele razy. Koniecznie chcę jechać po śladzie, ze względu na miny. W końcu podejmujemy decyzję że nie decydujemy się na ryzyko. Nie zamierzamy też zawracać. Na mapie jest tylko jeden ślad na południe. Szukamy go dłuższą chwilę, w końcu się udaje. Stara dakarowa pista. Jesteśmy zadowoleni, pędzimy, słońce jak co dzień jest już nisko. No i pyk, oto jest, mur, baza wojskowa, wieżyczki obserwacyjne, sprzęt, namioty, żołnierze. Może to jest jedno z tych słynnych miejsc, w których na potrzeby rajdu rozkopywano Berm? Stoimy w miejscu, nie bardzo mamy jeszcze pomysł co zrobić. Rozważam w myślach scenariusze. Nie możemy się cofnąć, nie mamy na to paliwa. Ale mamy pełen wachlarz talentów w drużynie! :-) Tomek komunikuje jasno że zamierza się władować wprost do bazy i przejechać ją jakby nigdy nic. Uzgadniamy tylko, że zrobimy to powoli, aby nikogo nie zaskoczyć, w razie czego. Rusza, chwilę za nim także ja. Tomek przejeżdża całość, do mnie już jednak biegną. Zatrzymuje się, wyłączam silnik i kieruje kamerę w dół. Gestami przywołuje Kubę i Pitera. Zaczyna się ceremonia. Żołnierze wypytują nas skąd, jak, dlaczego? Jak jedni już się dowiedzą to nadjeżdżają wyżsi rangą i pytają o to samo. W końcu z samej góry nadjeżdża jeepem boss, jest świeżo ogolony, pachnie perfumami, wszyscy mu się kłaniają, pytania ma te same. Stoimy tak sobie w miłej atmosferze i rozmawiamy. W końcu jednak pytam czy możemy już w sumie jechać, bo zaraz się ściemni a my przecież musimy dotrzeć jeszcze na nocleg. Pewnie, no problem, bon voyage!

Tego dnia docieramy jeszcze do asfaltu i podjeżdżamy nim bezpośrednio w strefę graniczną. Innej drogi nie ma. Jutro Mauretania, duża zmiana! To był kolejny dobry dzień. 470km, jestem zmęczony, ale rozmawiamy do późna, jak zawsze. Jak tak pomyśleć to zrobiliśmy Saharę Zachodnią na dwa razy, dobrze!

Track: https://www.wikiloc.com/trail-bike-trails/2023-dakar-stage-3-forgotten-land-the-rugged-rides-151605427