Dakar 2023 - Stage 4 - Train Track

The Rugged Rides 11/18/2023

Jesteśmy na granicy, świeżo zatankowani i zaopatrzeni. Czeka na mnie tyle nowych przeżyć! Granica przed nami to Mauretania, miejsce o którym przeczytałem najwięcej i miejsce wywołujące we mnie zdecydowanie najwięcej niepewności. Dobrze wiem że "nasza" Mauretania będzie ciężkim krajem do pokonania, track jest ambitny. Ogromne temperatury, piach, ogólny brak paliwa, wody i dróg. Tego się spodziewam. To jeden z najbiedniejszych krajów na świecie, pod względem PKB zajmuje 156 miejsce. A w tym wszystkim my - 4 wystawionych na działanie pustyni motocyklistów. Jesteśmy nafutrowani absolutnie na maksa, czeka na nas ogromna niewiadoma! I przygoda!

Zamierzamy wynająć settera, słyszałem że poprzez swoje zbudowane z oficjelami znajomości potrafią mocno przyśpieszyć cały proces. Pojawia się Majkel, ma biały sweter i biały uśmiech, a my postanawiamy oddać nasz los w jego ręce. Przynajmniej na najbliższe 4 godziny...

Południe. Jedziemy rozgrzanym asfaltem. Po prawej stronie widzę wysokie i nowoczesne linie przesyłowe, u podnóża słupów przycupnęły małe chatki sklecone z tego co było pod ręką, z blachy, jakiś resztek drewna... To pierwsze co mnie uderza. Drugie to gorąc. Żar dosłownie bucha z pustyni, a to przecież ultra łatwy początek, słynna ziemia niczyja a potem 40km gładkiej drogi. Co będzie jak wjedziemy w kopny piach?! Nie wiem, ale w głębi serca się cieszę, bo uwielbiam gorąc i pył, to są warunki którym chce sprostać.

Bardzo szybko docieramy do Bon Lanuar. Każdy z nas ma ponad 40l paliwa, prawie 10l wody, resztę bagażu. Wbijam Gretę w piach, prawie natychmiast zaczyna tańczyć, piach jest bardzo kopny. Zatrzymuję się w cieniu, podkręcam amortyzator skrętu, patrzymy na siebie wszyscy porozumiewawczo. Ruszam. Silnik wyje, a Greta wraz z nabieraną prędkością unosi się na powierzchni piachu. Jest dobrze, da się tak jechać! Kluczymy tak chwilę pomiędzy budynkami, nieprzyzwyczajeni jeszcze do tego że drogi nie należy tutaj szukać, drogę należy tutaj obierać.

Zaczynam łapać właściwy rytm, kiedy spostrzegam że nie ma z nami Tomka. Wracamy. Jest. Jest ale nie jedzie, bo klamka sprzęgła nie daje się wcisnąć, ani o minimetr. Żar nie pozwala nawet myśleć o naprawianiu tego w tym miejscu, poza tym w piasku pewnie zgubilibyśmy jakieś elementy. Przeciągamy motocykl do cienia, mamy to szczęście że wciąż jesteśmy w miasteczku. Natychmiast zostajemy otoczeni przez małych rozwrzeszczanych piłkarzy, a przynajmniej tak można sądzić po ich koszulkach. Szukamy przyczyny, boje się że Tomek po prostu spalił sprzęgło. Klamka jest jak zamurowana. Rozkręcamy wszystko, powoli, skręcamy... Działa! Ma luz, którego nie powinno być, ale działa. Postanawiamy ruszać bez zwłoki.

Nasza trasa wiedzie dokładnie wzdłuż linii kolejowej. To słynny train track. Przed wyjazdem odrobiłem lekcję, dotarłem do wielu osób które go przejechały. Dużo wielkich słów, dużo ostrzeżeń. Najbardziej zapamiętałem Wojtka który mówił o spalaniu rzędu 11l/100km w dokładnie takim samym motocyklu jak nasze. Jeszcze inni wspominali o wielkich trudnościach w kopnym piachu i wybijających z rytmu kępach trawy, tzw. camel grass. Wszyscy mówili o żarze... Ten przejazd ma nam dać odpowiedź na pytanie czy w ogóle mamy co myśleć dalej, bo plany mamy bardzo ambitne. Jest też w miarę takim bezpiecznym sprawdzianem, bo po środku mamy osadę, w której na pewno będzie woda, a wzdłuż linii kolejowej jest spora szansa spotkać ludzi, nawet turystów, jak my.

Jest już późno. Ponownie ruszamy przed siebie. Za wioską podłoże robi się nieco twardsze, jednak z każdym kilometrem piasku przybywa. Fantastyczne uczucie, suniemy tak przed siebie, wiedząc jak wiele kilometrów tam jeszcze na nas czeka. Tylko my i Sahara. Tylko my i nasze umiejętności. Tylko my i to co mamy ze sobą. Taka romantyczna myśl uśmiecha się do mnie w głowie. W końcu dzień się kończy. Księżyc jest niski i bardzo jasny. Rozbijamy się właściwie w miejscu w którym postanawiamy się zatrzymać, każde miejsce tutaj jest równie dobre. Odpalamy kuchnie i gotujemy to co zwykle wieczorami - pasta z tuńczykiem i tym co było w sklepie, przy odrobinie szczęścia to pomidory. Sklepy zaopatrzone są bardzo słabo. Zabraliśmy ze sobą dwie kuchnie na benzynę. Na tak długi wyjazd nie udałoby nam się zabrać wystarczającej ilości gazu, kupić go tutaj nie bardzo jest gdzie. I w ogóle - kuchnia na paliwo to przecież wyróżnik prawdziwego obieżyświata :-) W nocy słyszymy jeszcze stłumiony dźwięk żelaznego potwora, nieświadomie oddaliliśmy się mocno od torów...

Rano spostrzegam dziwne stworzenie na swoim radiu. Jest czarne, ma kolce, nieorganiczne. Pociąg wozi rudę żelaza, prawda? To opiłki żelaza uformowały się w ten sposób wokół magnesu głośnika, kolejna mała rzecz która jest nowa i zaskakuje. Zbieramy obóz, wlewamy paliwo do baków i ruszamy na wschód.

Droga jest nieskończona. Jazda polega na ciągłym decydowaniu o trajektorii i omijaniu przeszkód. Mogą to być koleiny w których piasek jest zmielony na miękki puch, albo obok, kluczenie pomiędzy twardymi camel grass. Kusi odjechanie dalej od torów, kilka kilometrów na południe, tam pustynia jest gładsza, ale wtedy gubimy się nawzajem i wzywamy przez radio. Od czasu do czasu występuje wzniesienie, wydma, innym razem napotykamy budowle wzniesione ze starych szyn, stalowych podkładów lub innego żelastwa.

W końcu docieramy do Inal, osady położonej mniej więcej w połowie kolejowej trasy. Jest już 11'ta a my nie jedliśmy jeszcze śniadania. Spodziewałem się czegoś mniejszego, ale okazuje się że jest tu całkiem sporo domów, a poznany Ibrahim zdradza że jest tu nawet sklep! Postanawiamy iść na całość, zakupić jaja, i stworzyć pustynny omlet. Zakupy nie są łatwe, gdyż sprzedawca ma spore problemy z dodawaniem do siebie prostych liczb, nie może dojść do ostatecznej sumy. Coś co dla nas jest już od dawna oczywiste. Jak się później okaże, w Mauretanii to nic nadzwyczajnego. Ludzie często liczą kreśląc po piasku, coś w rodzaju naszych słupków na kartce papieru. Mamy zaopatrzenie, a Ibrahim nalega abyśmy odwiedzili jego dom i tam skorzystali z kuchni. Ochoczo na to przystajemy, bo jesteśmy mega ciekawi jak to wszystko wygląda w środku. W dodatku Piter i Kuba uczyli się specjalnie przed wyjazdem francuskiego, dzięki temu będzie okazja dowiedzieć się więcej o życiu takich ludzi, mieszkających gdzieś pośrodku pustyni i nie związanych z turystyką. Dom i kuchnia robią ogromne wrażenie, są malutkie, ulepione ręcznie, kuchnia ma formę kilku blach dostawionych do istniejących już glinianych ścian. Totalne ubóstwo. Jest też dywan, a na nim szklaneczki do herbaty, łóżko i chińska maszyna do szycia, i muchy. Ibrahim wiedzie życie wypełnione ciężką pracą. "This is Africa man". Jest operatorem koparki, budowniczym, spawaczem przy linii kolejowej oraz krawcem. Reperuje rękawiczki Kubie. Żony tu nie ma, została w małej wiosce na południu. Są za to synowie. Dostali od nas po puszce Coli, ale nie otwierają ich. Mamy swoje przypuszczenia. Zjadamy wspólnie posiłek. W końcu czas wizyty się kończy, żegnamy się, odjeżdżamy. Jak wszyscy tutaj, Ibrahim koniecznie nalega na wymianę jakiegoś kontaktu z nami, może być Facebook, może być Whatsapp. Na razie jeszcze nie wiemy po co.

Znowu jedziemy. Całe godziny mijają jak minuty. Nie czuje się upływającego czasu, głowa zajęta jest walką z żywiołem. Pasjonujące. Spośród piasku wystaje coraz więcej gładkich skał. To znak że jesteśmy już blisko Ben Amera. Jeszcze przed wyjazdem marzyłem o tym aby udał się tam nocleg. Trudno jest jednak przewidzieć dokładnie plan każdego dnia, jeśli by się okazało że Ben Amera wypadnie nam w środku dnia, to pewnie byśmy ją odpuścili. Ale nie, wygląda na to że właśnie jedziemy po moje marzenie, jest już bardzo blisko!

Nagle widzę na horyzoncie kłęby gęstego czarnego dymu i pył. Jest! Kuba startuje dronem, a my pędzimy w jego kierunku. Teraz jadę wzdłuż poruszającego się składu, jakże niepojęta jest ta maszyna! Wrażenie potęgują okoliczności, bo przemierza pustynie niczym wielki czerw z powieści Franka Herberta, wznosząc tumany piaskowego kurzu. W Mauretani kursuje najdłuższy pociąg na świecie, przewozi rudę żelaza z Zaureat, kopalni w głębi lądu, do portu na wybrzeżu. Jest niesamowity, a na żywo robi ogromne wrażenie. Długość największego składu dochodzi do 2.8km, w ciągu dnia jedzie ich nawet cztery. Wow.

W pewnym momencie docieram na przód składu, który w międzyczasie się zatrzymał. Wysiada maszynista i jeszcze drugi człowiek. Pytają na migi czy zawiozę ich na tył składu, nie czekając na odpowiedź ten drugi próbuje wejść mi na tył motocykla na bagaż :-) No niestety, tego nie mam w repertuarze :-)

W końcu docieram do jej podnóża. Mam gęsią skórkę. Właśnie ziszcza się moje kolejne podróżnicze marzenie. Ben Amera to drugi co do wielkości monolit świata, pierwszy jest w Australli, Ben Amera wprost przede mną. Dotarłem do niej o własnych siłach, i podziwiam teraz jej doniosłe 633 metry. Jest absolutnie monumentalna! Jedziemy dookoła, szukamy dogodnego biwaku. Znajdujemy, jest wspaniały. Słońce czerwieni skalne ściany monolitu a my bez zastanowienia podejmujemy decyzję. Zrzucamy ciuchy i mimo zmęczenia, natychmiast udajemy się na szczyt!

Godzinę później siedzę na jednej z ogromnych skał wraz z Piterem. Patrzymy w ciszy w oddal, nie ma potrzeby mówić. Chwila jest magiczna. Słońce zachodzi za horyzont. Nie zdecydowaliśmy się iść do samej góry, zostaliśmy w połowie. Na szczyt poszli dalej Kuba z Tomkiem, my z Piterem nie czuliśmy się bezpiecznie na nachylonej pod kątem blisko 40st gładkiej ścianie. Wyobraźnia zbyt dobrze symulowała co by się stało w przypadku utraty równowagi. Nie ma się czego złapać, można jedynie nabierać prędkości :-)

Wieczorem zasypiam spokojnie. Demony Mauretanii leżą odczarowane, cichutko chrapią. Spalamy około 6 może 6.5l/100km, radzimy sobie w piasku bardzo dobrze, jeździmy płynnie i dość pewnie. Nie grzęźniemy tylko przelatujemy po jego powierzchni. Gorąc jest przeokrutny, ale i to nie stanowi przeszkody nie do pokonania. Mamy teraz na sobie jasne i przewiewne jerseye. Zużywamy nieco więcej wody niż nam się wydawało. Planowaliśmy ją oszczędzać w ciągu dnia, ale i tak wieczorem organizm domaga się jej bardzo dużo. Na każdy dzień przygotowujemy też 1 litr bogatego w minerały izotonica, jego łyk lub dwa o wiele lepiej zaspokaja pragnienie niż czysta woda. Ogólnie jednak z wodą nie ma takiej dramy jak mówili nam ludzie którzy byli tu kilka lat wcześniej. Obecnie są trzy osady po drodze do monoilitu, w drugiej z nich dostaliśmy od miejscowych wodę, co prawda zdecydowaliśmy się ją uzdatnić, ale woda to woda, prawda? Ok, nie jest łatwo, kilometry zdobywamy ogromnym wysiłkiem, ale jest to w naszym zasięgu. Jest dobrze na tym końcu świata :-)

Track: https://www.wikiloc.com/trail-bike-trails/2023-dakar-stage-4-mauritania-the-rugged-rides-153550264