Siedzę w hotelu w którym nie powinno mnie być. Ktoś się kąpie, leci woda, ja obserwuje ściany, korytarz, klatkę schodową, balustrady, widok z okien. Hotel jest doskonały. Dokładnie taki jaki sobie wymarzyłem aby był w Algierii. Pełen patyny, nieco już obdrapany, ale elegancki, francuski, kipiący klimatem minionych czasów. Czasami żałuje że nie urodziłem się wcześniej, w innych czasach, aby móc przemierzać tajemniczą Afrykę swobodnie, kiedy granice były bardziej otwarte a konflikty nie szarpały spokojem tych rejonów.
Myślę o tym gdzie właściwie dotarliśmy. Z jednej strony poszło doskonale, błyskawiczny przelot przez Tunezję, niezły czas na granicy, no i wjechaliśmy do Algierii! Z drugiej strony, dostaliśmy eskortę, za która musimy się ciągnąć w żółwim tempie. Na dzisiaj mieliśmy już dość, zapadł zmrok, stanęliśmy w miejscu i się uparliśmy - albo cofamy się do hotelu który minęliśmy przed chwilą, albo nie jedziemy nigdzie dalej.
No ale czego właściwie się spodziewałem? Przed wyjazdem nic nie mogło być pewne, Algieria to nie jest miejsce gdzie można coś zaplanować na 100%, to już jest takie miejsce gdzie poziom trudności jest troszkę wyżej i trzeba sobie radzić z różnymi przeciwnościami w wielu momentach. Nie zakładałem nawet że na pewno uda się pokonać granicę. W tych okolicznościach eskorta to mały problem.
Siedzimy na środku miasteczka, życie już zamarło, ale ostatni czynny jeszcze grill pali się dla nas. Kiedy dyskutujemy nad scenariuszami wyrwania się z eskorty kolejnego dnia, policyjny radiowóz parkuje na skraju ryneczku. Jesteśmy cały czas obserwowani, trochę jak na filmie z Louis de Funes.
Rano eskorta już na nas czeka. Próbujemy przyspieszyć jakoś bieg rzeczy i ciągniemy temat: jesteśmy doświadczeni, nie pierwszy raz w Afryce północnej, znamy doskonale topografię kraju, mamy mapy, komunikację satelitarną i jesteśmy w pełni wyposażeni. To cała przygotowana wcześniej litania argumentów, ale co z tego skoro mają wytyczne, które płyną z góry? Musimy jechać razem. Jedziemy, do Essebaa, bo akurat tak się uparliśmy. Oświadczamy że zamierzamy zwiedzać plażę, zwiedzamy więc razem. Ciekawe kiedy byli tu ostatnio? :-) Trudno mi oceniać co tak naprawdę myślą, na pewno mają z nami trochę zabawy.
Eskorta zmienia się a my ciągle negocjujemy. Za którymś razem słyszymy w końcu - tak, kolejna zmiana to będzie ktoś wyższy rangą, z nimi możecie rozmawiać. Emocje łomotają we mnie kiedy to słyszę. Rozmawiamy, tak, będziemy wolni jak tylko dotrzemy do Annaba. W korku wjazdowym do miasta nagle widzę gest na który czekałem, najwyższy rangą policjant, cały w cywilu, macha głową i wskazuje kierunek, puszcza nas wolno, możemy jechać sami! Czuje ciepło i radość, w kłębach emocji przedzieram się do przodu. Znajduję spokojne miejsce. Zbieramy się razem, patrzymy na siebie, czuje potężne uderzenie radości. Z początku jeszcze nie wiem co to takiego, nagle przychodzi zrozumienie - tak smakuje wolność! To tylko półtora dnia, tylko eskorta, jednak radość wylewa nam się uszami. Mamy to, jedziemy Algierię, po tracku, przygoda się zaczyna!
Tankujemy i kierujemy się wzdłuż wybrzeża, chcemy jak najprędzej wyrwać się z objęć miasta i zanurzać w zielonych lasach północny kraju. Poruszamy się nieprawdopodobnie stromymi asfaltami, na każdym zjeździe moja DR strzela z wydechu całymi seriami, zakręt w zakręt. Docieramy do plaży Djenen El Bey, tutaj zaczyna się park narodowy. Nieco zaskoczeni płacimy bilet za wstęp do parku i wbijamy się po raz pierwszy na tym wyjeździe w teren. Są to nadzwyczaj strome skaliste agrafki, byłem ciekawy, ale też nieco zaniepokojony myślami o tym jak DR będzie sobie radziła w terenie. No to mam odpowiedź, gaźnikowy piec wydmuchuje z siebie kolejne porcje przepalonego paliwa z gracją lokomotywy, jest nie do zduszenia, wspina się pewnie i sprawia wrażenie jak gdyby nic nie mogło go zatrzymać.
Otoczenie jest wspaniałe, bardzo stare i ogromne liściaste drzewa, opadające z nich liany i ogrom zieleni, w tym wszystkim nasz wąski track. Teren jest dość trudny, z racji na przewyższenia, drogi albo zostały wybetonowane, albo powoli popadają w zapomnienie. My oczywiście jedziemy tam gdzie nie ma asfaltu i niektóre z zaplanowanych przejazdów okazują się ślepe bo wyszły z użytku, inne za to okazują się fantastycznymi singletrackami. Mamy pełno świeżej energii i jedziemy aż do późnego wieczoru. Na nocleg postanawiamy wybrać miejsce z którego powinien być widoczny wrak statku Sophia. Rozmawiamy do późna. W gruncie rzeczy ta północna Algieria nie zaskakuje, jest tak samo jak na wybrzeżu w Maroko czy w Tunezji, powtarzają się te same schematy.
Rano wpadamy po śniadanie i zapasy do Filfila. Zamawiamy jedzenie po jednej stronie ulicy, z drugiej strony przynosimy kawę. U Kuby ucinamy końcówkę db killera tak żeby było w sam raz, nie za głośno, ale żeby jechało, to wszystko na ulicy warsztatów samochodowych. Także to miasto jest podobne w swojej istocie do innych miast Afryki północnej. Czyli co, nic mnie już nie zaskoczy, wszystko już widziałem? Absolutnie nie. Czuje wyraźnie jak ciągnie mnie na południe, wiem że Algieria kryje przed nami wiele tajemnic i niesamowitych miejsc.
Tymczasem zwracam uwagę na paskudne bloki mieszkalne inspirowane ruskimi osiedlami. Historia Algierii jest ciekawa, a jej ostatni epizod ma czerwone barwy. Po odzyskaniu niepodległości od Francji, Algierczycy zdecydowali się na zbliżenie z sowietami, te betonowe bloki stoją tutaj i mówią o tym na głos.
Kontynuujemy drogę, która w tym momencie wiedzie przez kolejne pasma gór. Jedziemy wśród niskich pinii, po grzbietach, szybkimi pożarówkami, widoki roztaczają się na wiele kilometrów do przodu. Od czasu do czasu mijamy zapomniane przez świat wioski, czasami droga zamienia się po prostu w wyjeżdżony ślad. Powoli zbliżamy się do Constantine. Przed samym miastem track wspina się w dość masywne góry, wprost w objęcia srebrzysto czarnej zasłony gęstych chmur, zrywa się wiatr i dopada nas burza. Do miasta docieramy przemoczeni i zmarznięci.
Na tarasie widokowym mamy dość ciekawą rozmowę ze studentami. Rozglądają się dla pewności, ale wspominają że przyszłość wiążą z wyjechaniem z kraju, zresztą podobnie jak większość ich rówieśników. Do Francji? Otóż nie, wymarzyli sobie Kanadę. Są też kolejnymi, którzy ostrzegają nas abyśmy zdjęli nawigację w kierownicy kiedy zostawiamy motocykle, podobno jest niebezpiecznie. Do końca wyjazdu nie wyjąłem nawet kluczyka ze stacyjki.
Miasto wygląda zjawiskowo, naprawdę, nie przypominam sobie kiedy ostatnio któreś miasto zrobiło na mnie tak duże wrażenie, szczególnie że to niesie powiew autentyzmu, nie jest upudrowanym dla turystów lunaparkiem, mury pachną historią. Postanawiamy zostać, ale sytuacja jest dość niezręczna, bo w tym celu musimy wynająć hotel. Za cenę braku noclegu na łonie natury, w pięknym miejscu z niesamowitym klimatem, mamy możliwość zwiedzić nie mniej intrygujące miasto. Parkujemy pod latarnią przy palmie, używamy hotelowych wózków do transportu, a jakże, naszych ubłoconych sakw, i już po momencie, w pełnym anturażu wyruszamy na nocne zwiedzanie Constantine.
Constantine powstała w miejscu, które samo w sobie wygląda jak naturalna forteca. Miasto zostało zbudowane na ogromnych skałach przeciętych głębokim wąwozem rzeki Rhumel. Z trzech stron otaczały je pionowe klify, jakby natura sama postanowiła je ochronić.
W starożytności znane było jako Cirta, stolica berberyjskiego królestwa Numidii. Rządzili tu władcy, których imiona przewijały się na kartach historii wojen z Rzymem. Miasto było bogate, dumne i trudne do zdobycia. W końcu, i wiąże się z tym wydarzeniem nienajgorsza legenda o Sofonisbie, zostało zniszczone podczas wojny z Cesarstwem Rzymskim. Odbudował je w 313 roku cesarz Konstantyn Wielki, czym miasto zawdzięcza mu nie tylko swoje istnienie ale również obecną nazwę.
Dziś Constantine jest jednym z najbardziej niezwykłych miast Afryki Północnej. Jego charakterystyczną cechą są mosty zawieszone nad przepaściami, które łączą dzielnice rozdarte przez monumentalny wąwóz. Najbardziej zjawiskowym z nich jest zbudowany przez Francuzów Sidi M'Cid, otwarty w 1912 roku, który przez lata był najwyższym mostem wiszącym na świecie.
Tyle historii, my tymczasem przemierzamy puste już ulice, mrok rozjaśniony jest latarniami albo światłem biegnącym z izb, ale nie ma tu już życia, jest cicho i śpiąco. Obchodzimy w ten sposób cały kanion, podziwiając ile zakamarów gotowych na eksplorację kryje się tu na każdym kroku. Antyczny, kolonialny i arabski klimat wylewa się z każdego miejsca, szkoda mi tylko że nie odnaleźliśmy tu nigdzie nocnego życia na które bardzo liczyłem.
Rano niebo spowite jest mokrymi chmurami. Liczyłem że przez noc pogoda poprawi się i pojedziemy w słońcu. Jak widać - nie na tej wysokości. W zimnie i 100% mgle przedzieramy się przez płaskowyż. Woda osadza się na goglach i uniemożliwia normalną jazdę, wszystko jest trochę na czuja, ważne żeby pod kołami była droga. W taki sposób pokonujemy pierwsze kilkadziesiąt kilometrów, i dopiero wtedy, już w kolejnych górach mgła ustępuje błękitowi nieba. Dzieje się to nagle, odkrywają się wokół nas skaliste szczyty i kosodrzewina, jest niemal jak gdzieś w Tatrach. Góry i doliny staja się coraz bardziej dzikie a drogi wąskie. W pewnym momencie jedziemy tak mało uczęszczanymi rejonami, ze raz po raz uciekają przed nami stada dzików, gazeli a nawet zaskoczone pojedyncze lisy. W taki sposób wyjeżdżamy praktycznie do samego centrum Timgad.
Timgad to jedyne turystyczne miejsce na naszej trasie ale też absolutna perła na którą czekałem. Jest to jedno z najlepiej zachowanych miast rzymskich na świecie. Już kiedy oglądałem je podczas rysowania tracka, nie mogłem uwierzyć jak wielki obszar zajmuje, i to wszystko stoi do dzisiaj, wszystkie te kolumny i aleje.
Początkowo Timgad został założony ok. 100 roku n.e. przez cesarza Trajana jako kolonia wojskowa dla rzymskich weteranów. Miasto od samego początku idealne, zaprojektowane od linijki. Było tu wszystko, teatr, 14 publicznych łaźni, biblioteka… Prawdziwy raj oraz centrum hedonizmu. To pewnie z tego powodu początkowo planowane na 2 tysiące mieszkańców, rozrosło się do 15 tysięcy. Na forum miejskim jst wyryte w kamieniu zdanie, które zdaje się być kwintesencją tego stylu życia: "Venari, lavari, luderi, rideri, occ (hoc) est vivere" (polowanie, kąpiele, gra, śmiech, to jest życie!). W sumie tak, ja bym go tylko minimalnie zmodyfikował: podróżowanie, biwaki, motocykl i smiech, to jest życie!
W V wieku Cesartswo Rzymskie nie ogarnęło finansów w następstwie czego miasto splądrowali Wandalowie, a później Berberowie, a jeszcze potem wszystko przysypał piasek Sahary. Na długo. Dopiero James Bruce, szkocki podróżnik, został w 1765 pierwszym Europejczykiem, który natrafił na Timgad. W swoich zapiskach wspominał, że widział tylko czubek łuku triumfalnego wystający z piasku. Nikt mu wtedy nie wierzył, uznano że zmyśla. Miasto odkryto więc dopiero podczas przeprowadzonych przez Francuzów wykopalisk w 1881r. Ale to musiało być odkrycie, jak to musiało smakować!
Chodzimy po tych ruinach i czuję w nich żywą historię. Jeśli ktoś jest zainteresowany tą tematyką, to bardzo polecam lekturę o tym kim był i co zrobił w Timgad Marek Emiljusz. Napisałem że miejsce jest turystyczne, ale to nie tak jak u nas w Europie. Jedyna rzecz wspólna to bilety i ogrodzenie całego terenu. Poza tym można chodzić gdzie się chce, można dotykać murów i rzeźb. To chyba złoty środek, teren jest zabezpieczony przed szabrownikami, ale wolny dla ludzi. Turyści to właściwie sami Arabowie, przybysze z państw takich jak Katar, albo poprostu - Algierczycy. Kiedy stoimy pod łukiem Trajana, zwracam uwagę na koleiny, mają 1900 lat i zostały tu pozostawione przez rzymskie powozy. Niesamowite.
Robi się późno, więc wskakujemy na tracka i podążamy w kierunku gór za miastem. Cała okolica obfituje w pozostałości rzymskiej cywilizacji, łuki czy resztki akweduktów potrafią wystawać wśród pól i w najmniej spodziewanych miejscach. Góry lekko zmieniają swój obraz, robi się bardziej skaliście a drzewa karłowacieją. Znajdujemy nocleg na skraju przepięknego wąwozu, gdzieś w oddali widać jedynie światło wierzy obserwacyjnej. Jutro dotrzemy na pustynię.
Track: https://loc.wiki/t/270303458?wa=sc







































































Leave a comment