Algeria - Desert Divers #1 - The Queen stage - Seif alley

The Rugged Rides 7/9/2026

Kurczak z ogniska, podany z bagietką w towarzystwie sałatki owocowej ze świeżych truskawek, pomarańczy oraz bananów, do tego dżem morelowy oraz aromatyczna kawa. Dla urozmaicenia również zabawy na świeżym powietrzu, w programie łatanie dętki. Barwne ptaki pustyni, offroadowa bohema!

Tak więc, w nocy zdecydowaliśmy się ostatecznie na nasz królewski etap tej podróży - pustynny odcinek na południe, wprost do Bordj Omar Driss. Rzecz wyjątkowa i miejsce w którym, z tego co wiem, nie jeździ nikt. W doskonałych humorach opuszczamy więc biwak i uderzamy na pustynię. Naszym najbliższym celem jest Ouargla, miasto w którym musimy zrobić bardzo poważne zaopatrzenie, ale też miejsce które wedle mojego wnikliwego reasearchu jest ostatnim, do którego można dojechać bez guida i eskorty. Dalej już tylko z nimi. Tak więc, jeśli uda nam się wyjechać z Ouargla na pustynie w kierunku południa, jeśli przejedziemy te 600km wzdłuż wydm, jeśli tylko… to dotrzemy do Bordj Omar Driss gdzie już na pewno wzbudzimy zainteresowanie. Pytanie co wtedy? Teraz to jest nie ważne, bo czuję że sam odcinek który zaplanowaliśmy będzie ukoronowaniem naszej dotychczasowej podróży.

Z takimi myślami w głowie mknę przez trawiastą hamadę do Ouargla. Nasza trasa prowadzi wpierw bardzo mało uczęszczanymi rejonami wzdłuż wadu M'Zab, potem zręcznie omijając wszelkie instalacje naftowe na rozległe płaszczyzny przed samą Ouarglą. Pod koniec droga robi się najpierw mocno przejeżdżona, a następnie rozdziela się na wiele równoległych śladów. Widać rurociągi i wiertnie, a na przedmieścia przedzieramy się w stertach śmieci.

Do miasta wjeżdżamy jak zwykle, wprost z pustyni. Staramy się nie rzucać w oczy i szybko załatwiamy swoje sprawy. Kiedy znajdujemy nieco mniej eksponowaną knajpę, mam w końcu czas przyjrzeć się wszystkiemu dookoła. Gdyby mnie ktoś postawił w tym miejscu i nie wiedziałbym gdzie jestem, to pierwszą myślą byłaby Sahara Zachodnia. Tożsama architektura, stragany, klimat i ludzie - część z nich już o wyraźnie ciemniejszym kolorze skóry, ewidentnie przybyli z południa kontynentu.

Jeszcze paliwo. Po pierwsze lejemy do wszystkiego co pod ręką. Wszystkie pozostałe worki nie zapewnią nam odpowiedniego zasięgu. Mamy więc ze sobą kilka dodatkowych butelek pet, w tym 5 litrowego potwora. Po drugie, musimy jakoś pokonać system. Do stacji jest spora kolejka samochodów, wszystkie czekają do jednej budki, w budce podajemy ilość litrów, płacimy i wbrew wszelkim oczekiwaniom nie udaje się zatankować. Motocykl rozbebeszony z bagażu, worki na paliwo leżą gotowe i odkręcone na ziemi, a paliwo nie leci, ludzie w kolejce trąbią ze zniecierpliwienia. Mija kilka prób uruchomienia dystrybutorów, kilka ponownych płatności, ogólnie dużo zamieszania, krzyków i biegającej w tą i tamtą obsługi, w końcu wszyscy spotykamy się cieniu na rogu tej stacji. Mamy to. Motocykle wyglądają jak objuczone osły, ale zdobyliśmy wszystko co jest nam potrzebne.

Ruszamy. Badam jak zachowuje się tak bardzo obciążona DR. Nie jest doskonale, w dodatku brakuje nieco miejsca do balansowania przód tył, ale da się jakoś jechać. Wraz z kilometrami waga tego wszystkiego będzie spadać.

Teraz najważniejsze, wyjazd z miasta w pustą przestrzeń Sahary. Udaje się bez trudu, nikt nas nie zatrzymuje, więc swobodnie przedostajemy się przez palmiarnie i dalej. Skręcamy na południe i… zapiera mi dech. Przed nami absolutnie płaska patelnia, po horyzont nie widać absolutnie niczego, ziemia i niebo oddziela idealnie prosta linia. Odczucie przestrzeni jest niesamowite! Rzucamy się przed siebie, każdy z nas pokonuje pierwsze kilometry w transie. Po pewnym czasie robimy przegrupowanie, wszystko nam się układa, zaczynamy nasz królewski odcinek!

Przed nami ponad 600km do Bordj Omar Driss. Track wiedzie przez pustynne rejony leżące na zachód od Wielkiego Ergu Wschodniego. Wspomniany erg byłby niemożliwy do przejechania przez nas w obecnej konfiguracji. Z jednej strony nie ma szans aby na kopnym piasku wystarczyło nam paliwa, rok wcześniej na tym samym ergu w Tunezji, KTM EXC spaliły około 10l/100km. Druga sprawa to trudność, Erg Wschodni charakteryzuje się niesamowicie kopnymi wydmami, piasek ma minimalną gramaturę i motocykle zapadają się w niego jak w mąkę.

Tak więc zamierzamy jechać najpierw korytarzem prowadzącym na południowy zachód. Biegną nim dziesiątki równoległych śladów, większość zapewne w kierunku In Salah. My jednak odbijemy na południe. Od tego momentu właściwie nie widać już żadnych śladów na satelicie, to bardziej poszlaki i strzępki pikseli. Po około 250km dotrzemy do początku seifów. Te piaskowe miecze, bo po arabsku takie jest właśnie znaczenie tego słowa, to ogromne podłużne wydmy. Powstają w miejscach gdzie wiatr wieje przeważnie z dwóch znoszących się nawzajem stron. Pole seifów z którym zamierzmy się zmierzyć ma ponad 200km długości. Większość z nich ma ponad 150m wysokości.

I w tym miejscu będziemy musieli zdecydować co dalej. Obserwując to jakie mamy spalanie, ile zużyjemy zasobów i nasze tempo, podejmiemy decyzję czy jechać dalej, czy zawrócić. Wjazd w seify oznacza że nie będzie już powrotu, ze względu na paliwo, ale również po prostu nie będzie możliwości ucieczki w bok, w kierunku asfaltu odległego o jakieś 100km, bo wydmy nam to uniemożliwią.

Na razie pod kołami mam coraz więcej piasku, który tworzy bandy i koleiny. Jadę w tempie przy niskim słońcu, staram się miękko obchodzić z gazem i trzymać optymalną linię, tak żeby nie wjeżdżać w camel grassy ani małe wzniesienia terenu, wszystko aby oszczędzać paliwo. W tym bezkresie który mnie otacza czuję dziwny niepokój, kiedy wszyscy po kolei gdzieś znikają, każdy obrał nieco inną linię i znajdujemy się wszyscy w odległości kilku kilometrów od siebie, czasami nawet poza zasięgiem radia. Najważniejsze że jedziemy tym samym trackiem, więc nie ma raczej możliwości abyśmy się zgubili.

Jeszcze po wyjechaniu z Ouargla widzę pojedyncze samochody, dwa lub trzy razy na przestrzeni pierwszych kilometrów. Potem nie ma już nikogo. Odbijamy na południe z głównej pisty i wszelkie ślady znikają. Pokonujemy na zmianę obszary nieco wyniesione, obsypane kamieniami oraz płaskie łachy, jak gdyby dna jezior. Te ostatnie są bardzo grząskie. Staram się nabierać przez nimi prędkości, ale i tak muszę redukować do 4 a nawet 3 biegu. DR to nie LC4, nie ma tej brutalnej siły. Zaczynam poważnie martwić się zasięgiem, jeśli będziemy tak walczyć z grząskimi odcinkami, to ile litrów wciągną maszyny? Cały czas szukam optymalnej linii, ale wydaje się jej nie być, po prostu za każdym razem trzeba się przebić na drugą stronę.

Z tych pogmatwanych myśli wyrywa mnie nagle to co widzę przed sobą. Stado wielbłądów, w tle oberwane kawałki płaskowyżu, forma skalna która chyba nie ma swojej odrębnej nazwy w języku polskim, po angielsku to "butte". To wszystko pomalowane ciepłym złotem zachodzącego słońca. Dokładnie po to tutaj przyjechałem. Algieria z wolna zaczyna uwodzić nas swoimi największymi wdziękami. Robimy dziesiątki zdjęć. W końcu, ustalamy biwak na załamaniu jednej z wydm, tak aby odciąć się od wzmagającego się wiatru.

Szybko rozbijamy namioty i wdrapujemy się na wydmę aby kontemplować zachód słońca i to co dzieje się dookoła nas. Kiedy tak siedzimy, dociera do nas zapach benzyny. Jakże to? Niestety, kolejne dwa worki zdradzają ślady nieszczelności, nie leje się z nich, ale są zapocone. Odczepiamy je od motocykli i ustawiamy pionowo, tak aby miejsce gdzie znajduje się nieszczelność było powyżej linii paliwa. Sprawdzamy odległości po tracku i zamawiamy pogodę z Garmina. Jest jeszcze daleko, a jutro czekają nas burze, pod wieczór. Robi się ciekawie, jakby przygodowo. Oczywiście postanawiamy że lecimy dalej, punkt "no return" jest przecież na wejściu do seifów… nikt z nas nie myśli o powrocie.

W nocy wiało naprawdę konkretnie, budzę się pod kołderką piasku, wszystko jest w piasku, a przynajmniej wszystko w namiocie. Ruszamy żwawo. Nie brakuje nam dużo do wjechania na płaskowyż, liczymy na to że od tego momentu nie będzie już więcej grząskich odcinków, za to zrobi się bardziej kamieniście. Rzeczywiście, jest twardziej, pojawiają się znowu nieliczne i dość słabe ślady, a trakt zaznaczony jest starymi beczkami po ropie. Szybko mija pierwsze 100km a przed nami majaczą już pola wydm. Zlewamy paliwo z worków, udało się, nie straciliśmy tego paliwa, więc nadal jesteśmy w grze.

Ślady robią się coraz liczniejsze, właściwie to natrafiamy na nieużywaną już powszechnie pistę. Te wszystkie ślady prowadzą do jednego z wejść do licznych gassi, korytarzy pomiędzy seifami. Ich dno jest twarde i pozwoli nam łatwo przejechać ponad 200 km na południe, praktycznie bez konieczności trawersowania wydm. To wszystko robi piorunujące wrażenie. Najpierw wspinamy się na wydmy, jest ich kilka, ale po drugiej stronie widać wyraźnie gdzie mamy trafić - obiecujący płaski dywan kamieni, prowadzący idealnie pomiędzy sznurami ogromnych piasków. Wydmy są naprawdę wysokie, to dokładnie ta sama skala jak w Merozuga, tyle tylko, że ich łańcuchy mają po kilkaset kilometrów w każdą stronę.

Co ciekawe, jazda po tych ogromnych wydmach jest tutaj nieprzyzwoicie prosta. Nie wiem czy to dlatego że nie są spulchnione setkami przejazdów jak w bardziej uczęszczanych miejscach, czy to jednak kwestia samego piasku. W każdym razie jechanie po właściwej linii przychodzi bez trudu, motocykl się nie zapada, robi to dopiero na przełamaniu i stromym grzbiecie, ale to wiadomo.

Wpadamy na dno pierwszego gassi. W tym samym czasie niebo zasuwa kotara rudych chmur, wszystko zaczyna wyglądać tajemniczo, trochę po marsjańsku. Przed nami przynajmniej kilkadziesiąt kilometrów jazdy na wprost, po prostu. Trzymam się w ryzach i pilnuję spalania. Wiatr mamy w plecy, to szczęście. Po jakiejś godzinie spostrzegam jedną z dziesiątek wydm, tylko minimalnie wyższą od innych. Skręcam instynktownie, Kondzio w tym samym momencie również instynktownie skręca. Już po chwili obserwujemy dno korytarza z samej góry. Wielkość tych przesmyków jest niebywała. Kuba pędzi kilka kilometrów od nas, malutka kropeczka na tle ogromnych wydm. Wywołujemy go alarmem, kilka razy, bezskutecznie, jest pochłonięty połykaniem kilometrów.

Cały przejazd seifami zlewa mi się w jedną całość. Kiedy nadchodzi wieczór, a my stoimy u wyjścia po drugiej stronie, jestem pewien że to jeden z najlepszych odcinków jakie pokonałem w życiu. Niebo zrobiło się stalowe. Kiedy słońce znajduje w chmurach jakiś przesmyk, aby doświetlić złote wydmy, stajemy się niemymi świadkami niebywałej gry kolorów i świateł, które w tym monumentalnym miejscu tworzą spektakl nie z tej ziemi.

Bardzo chcę tutaj zostać, na noc. Niestety burza nadciąga, a jesteśmy na środku pustyni. Wieje już bardzo mocno. Szukamy schronienia. Znajdujemy zagłębienie, otoczone szczelnie wydmami ze wszystkich stron. Albo nas to osłoni od wichury, albo ją wzmocni, kręcąc wiatrem we wszystkich kierunkach, zobaczymy. Na razie rozbijamy biwak i przez ponad 20 minut wdrapujemy się na najwyższą z sąsiadujących wydm. Spoglądam za horyzont, nic nie widać, tylko szczyty wydm.

Przed spaniem zamawiam jeszcze prognozę pogody. Garmin po chwili pika i wypluwa wynik. Nadchodzi burza, przez noc i nad ranem ma spaść ponad 30mm deszczu. Ubieram słuchawki, obracam się na bok i puszczam ulubioną playlistę, hmmm tylko dlaczego na drugim miejscu jest "Can't Stand The Night"…

Zaczyna się około północy. Pada miarowo a podmuchy wiatru nadchodzą z różnych stron. Właściwie to nie podmuchy a pojedyncze, krótkie uderzenia. Zakładam że długie szpilki, które zabrałem specjalnie do piasku, wytrzymają i nie zostaną wyrwane. Nagle następuje decydujący podmuch i nade mną pojawia się gołe niebo, w jednej chwili. Wyskakuję z namiotu aby schwytać zerwany tropik. Udaje się, tropik trzyma się jeszcze na dwóch masztach. Przez chwilę walczę z wichurą i staram się go z powrotem złożyć. Nie mam najmniejszych szans, skoro podwiało go od dołu mimo wcześniejszego zamocowania, tym bardziej nie uda mi się w tych warunkach. Szybko obliczam w głowie jakie mam możliwości, decyduję się wrzucić wszystko co ciężkie do sypialki, a siebie wraz ze śpiworem owijam tropikiem. To najcenniejsze co mam tej nocy - daje mi ciepło i cień szansy na regenerację przed jutrem. A rano? Rano i tak czeka nas ulewa, więc co za różnica czy wszystko zmoknie już teraz?

Kolejne dwie lub trzy godziny to ciągła walka z piaskiem który wdziera się w każdą szczelinę, cierpnącymi rękami i trzymaniem jakiegokolwiek otworu aby mieć czym oddychać. Robię takie jakby długie tunele ze zwiniętego fragmentu tropiku, i trzymam je przed twarzą, z wyjściem gdzieś na zewnątrz. Co jakiś czas muszę zmieniać pozycje i wszystko zaczyna się od początku. W pewnym momencie orientuję się, że wiatr ewidentnie osłabł, za to deszcz wzbiera na sile z każda minutą. Teraz jest dobry moment na założenie tropiku, może uda mi się jeszcze usnąć? Udaje się, mocuję tropik, rozstawiam ciężkie przedmioty po rogach sypialki i marzę o tym aby to wszystko było już spakowane w sakwach, ja ubrany i żebyśmy mogli odjechać z tej przeklętej dziury dalej do Bordj Omar Driss.

Marzenia się spełniają, stoimy wszyscy przy motocyklach, ubrani. W sakwach chlupoczą namioty z pozostałym szpejem. Nie tylko ja miałem ciekawą noc. Wczorajsza trasa była jedną z najpiękniejszych w moim życiu, ta noc pozostanie jedną z najtrudniejszych.

Teraz czas na dobre myśli. Mamy sporo paliwa, wiatr w plecy pomógł je nam oszczędzać. Do celu pozostało około 150km. Wciąż bardzo mocno pada, ale jest przynamniej jasno i przestało wiać, deszcz ma miarowo ustępować, aż do całkowitego wypogodzenia w drugiej części dnia.

Ruszamy. To co widzę jest dla mnie całkowicie nowe. Cała pustynia zamieniła się w coś na kształt uprawy ryżowej. Woda stoi wszędzie, mniej więcej 1/3 terenu jest zalana. My mamy się kierować na południowy wschód. Problem jest taki, że w tamtym kierunku rzeźba terenu opada i z każdym kilometrem wody jest coraz więcej. Próbujemy. Po około godzinie walki i omijania zalanych obszarów znajdujemy się na skraju twardego terenu. Dalej przed nami widać rozpuszczone wapienie i jeszcze niższe tarasy pustyni. Kiedy tam wjeżdżamy natychmiast zdajemy sobie sprawę z błędu. Motocykle zapadają się w gęstej mazi, oblepione opony tańczą we wszystkich kierunkach.

Przypominam sobie, że na północ znajduje się płaskowyż. Gdyby tak wrócić do lini seifów, tamtędy podążyć na wschód i złapać drogę biegnącą do góry, o której z pewnością wiem że istnieje, bo pamiętam ją z etapu rysowania tracka. Tak powinno się nam udać wydostać na asfalt i jeszcze dzisiaj być w Bordj Omar Driss. Alternatywą jest przeczekanie, ale to strata całego dnia. Zawracamy.

Wody ciągle przybywa, więc nawet backtrackowanie własnych śladów wydaje się być teraz trudniejszą drogą niż wcześniej. Na szczęście, w pobliżu seifów natrafiamy na delikatnie wyjeżdżoną pistę. Jazda w tych warunkach jest możliwa o ile trzymamy się tej drogi, na niej jest względnie twardo, bo koła samochodów dokopały się do kamieni. Próba zjechania w plener kończy się pióropuszami błota a koła zapadają się natychmiast na około 20cm.

Nagle natrafiamy na coś niesamowitego. Pośród piasku i gruzowiska kamieni odznacza się masywny, ciemny kształt. Jest to pień pradawnego drzewa. Skąd tutaj, na środku pustyni znalazło się drzewo, w dodatku tak monumentalnych rozmiarów?

Po bliższym przyjrzeniu, szybko okazuje się że pień nie jest drewniany, stoimy przed spetryfikowanym cudem natury. Skamieniały las to jeden z najbardziej fascynujących dowodów na to, jak radykalnie zmienił się tutaj klimat.

Większość ze skamieniałych lasów Sahary pochodzi z okresu kredy (ok. 100 milionów lat temu) lub oligocenu (ok. 30 milionów lat temu). W tamtych czasach dzisiejsza pustynia była bagnistą deltą i lasem namorzynowym, w którym rosły m.in. gigantyczne drzewa iglaste oraz przodkowie dzisiejszych drzew liściastych. Później, zaledwie kilka tysięcy lat temu, w tzw. zielonym okresie Sahary, region ten był wilgotną sawanną pełną jezior, po której biegały hipopotamy i żyrafy. Uwiecznili to ówcześni ludzie na naskalnych rysunkach m.in. w paśmie górskim Tassili n'Ajjer. Drzewo przed którym stoimy to niemy świadek tamtych zielonych czasów. Niesamowite.

Patrząc wnikliwej, spetryfikowane drzewo nie jest po prostu wyschniętym kawałkiem drewna. To lita skała, która zachowała strukturę komórkową drzewa. Miliony lat temu drzewa upadały i zostawały szybko przykryte osadami rzecznymi, błotem lub popiołem wulkanicznym. Odcięło to dostęp tlenu, powstrzymując gnicie. Kiedy przedostawały się głębiej i głębiej, na skutek ogromnego ciśnienia, przez porowate drewno zaczęła przesiąkać woda bogata w minerały. Cząsteczka po cząsteczce, celuloza będąca substancją organiczną była zastępowana przez minerały, zazwyczaj krzemionkę, opal lub kwarc.

Teraz kawałki odłupanej skały leżą porozrzucane dookoła nas i widać dokładnie słoje i strukturę drewna. Uwielbiam odkrywać tego typu miejsca na własną rękę, w pełni autentyczne, nie zagarnięte jeszcze przez turystyczny biznes.

Deszcz słabnie, a my ruszamy na dobrze już widoczną drogę pnącą się do góry płaskowyżu. Wciąż zostało kilkadziesiąt kilometrów a rozlewiska wody nie pozwalają na sprawną jazdę. Kluczenie w błocie pozbawiło nas dużej ilości paliwa. Delikatnie poruszamy temat strategii na wjazd do Bordj, ale w sumie to zostawiamy wszystko losowi, jesteśmy już na południu, inshallah.

Do miasta wjeżdżamy od frontu. Nie jest duże, od tej strony to właściwie jedna ulica i rondo. Znajdujemy stację benzynową i dowiadujemy się że nie ma już essence. Niedobrze, zwłaszcza że u Kondzia chwilę wcześniej zabrakło paliwa już w ogóle, a reszta maszyn też nie żyje w dobrobycie jeśli chodzi o te kwestie. Dalej wszystko dzieje się już samo. Na nasze szczęście jesteśmy na pustyni, tutaj ludzie sobie pomagają. Przyjaciele ze stacji ofiarują się, że pojadą "taxi" do oddalonego o 70km Hassi Bel Guebour. Jesteśmy przemoczeni i postanawiamy skierować się do jedynej w mieście auberge.

Wieczorem siedzimy na zdezelowanych fotelach i zajadamy się przyniesioną z grilla kurą. Namioty, śpiwory i wszystko inne suszy się na tarasie. Jest nawet bilard, pewnie też pamiętający czasy pierwszych lotów na księżyc, ale my mamy zimną colę i trochę słodyczy. Wieczór jest fantastyczny. Chwilę wcześniej zatankowaliśmy do motocykli i worków pełne 150l benzyny. Udało się, za nami królewski odcinek tego wyjazdu. Jutro - graveyard piste!

Track: https://loc.wiki/t/273290915?wa=sc